piątek, 6 maja 2011

B jak...

Z literą b mam skojarzenia geograficzne: Barcelona, Bornholm, Białystok, Bałuty.... 

w Barcelonie studiowałam i uważam to miejsce za kwintesencję różnorodności. Jest wiekowa, stara część, jest piękna seceyjna dzielnica, jest nowoczesność. Jest morze, rzeki, równina i góry. Jest spokój i zgiełk, uduchowienie i zabawa. Spontaniczność i spóźnialstwo Hiszpani kontra pracowitość i punktualność Kataloni. I jest Barca.

na Bornholmie jeździłam na rowerze, leżałam na plaży tak pustej i idealnie czystej jak ze snu. Oglądałam runy, magiczne kościoły-rotundy, zacwycałam się bornholmerami - śledziami wędzonymi na ciepło i serwowanymi zaraz po ostygnieciu.

Białystok chciałabym zobaczyć. Odwiedzić miejsce, które jest dla mnie tak odległe jakby leżało na krańcu świata. Niby Polska, a czy ktokolwiek wie, co tam jest poza.... no właśnie, czym???

i wreszcie Bałuty:


Bałutu, Bałucki Rynek (ach...). Synonim sprytu, nędzy i przekrętu. Skradły mi duszę, nawróciły śródmiejską paniunię na spacery po bałuckim bruku. W zasadzie biję się w piersi, że mam jeszcze inne skojarzenia niż Bałuty. Bo Bałuty zawierają w sobie całą ferię doświadczeń życiowych. Nędzę, pasję, determinację i siłę. I miłość,  bo wiele jej trzeba, żeby się przyzwyczaić do zamieszkania tutaj. A potem już nie chcesz się przeprowadzać. Te domu, uliczki, gęby... ach, chyba nawet nie jest aż tak niebezpiecznie jak się nasłuchałam. Nie to co kiedyś... rynsztoki, biedota, smród i gęsto ścielący się trup w tej największej na świecie wsi. Dziś są kopalnia skarbow z przeszlosci. I mekka wielbicieli stylu slow life....


.... mam jeszcze jedno skojarzenie. Coś czego nie znoszę: wieczny bałagan. I jego nieustawiczne sprzątanie. Bez rezultatu.


wtorek, 3 maja 2011

Malowany ptak

Na jednym z domów Grohmana, przy ul. Tylnej powypisywane były kiedyś fragmenty z Malowanego Ptaka Jerzego Kosińskiego. Chodziliśmy je poczytać czasem przy okazji spacerów po Księżym Młynie, kiedy na uczelni mielismy czas lub niechęć do ślęczenia na nudnych zajęciach...

O Kosińskim wiem niewiele. Ale pewnie nie tylko ja. Mistrz autokreacji, ktory sam ostatecznie się w nich pogubił i rozstał gwałtownie z tym światem 20 lat temu. Pochodził z Łodzi... i tu podobno chcą go pogrzebać. Dopiero, bo od 20 lat ktoś trzyma urnę z jego prochami w domu. Przychodzisz w odwiedziny, siadasz wygodnie we wskazanym fotelu, a tu na komodzie - resztki doczesne Kosińskiego...

Kosiński robił zdjęcia. Eksperymentował z technikami, chlubił się, że tworzy własne. Jest takie fajne zdjęcie zrobione w łódzkim muzeum sztuki. Marzyła i się kiedyś refotografia.... wyszło jak zwykle - czyli nie dokładnie. Nie ten układ, nie to odejście... Ostatnio nawet brak jest rzeźby na ekspozycji...


Nic to. Pora przeczytać Good night Dżerzi Janusza Głowackiego.

lew - biały podobno

Pojechaliśmy zobaczyć lwa. Białego. Do Zoo Safari Borysew. Przez cały niemal czas lało, nie wysiadłyśmy nawet z M.I. z samochodu. Do lwa pobiegł J. z dziadkiem. Potem powiedział, że wcale nie był biały. I wcale to nie lew, tylko kociak duży. I tak w zasadzie to bardziej interesował go plac zabaw.



Odjechaliśmy po kilku minutach. Obiecaliśmy sobie, że przyjedziemy tu jeszcze raz. Zobaczyć lwa (ja) i pobawić się (J.). Zwiedzanie zoo przerodziło się w obiad na zamku w Uniejowie. Grunt, że przetrwaliśmy kolejny dzień bez taty.

poniedziałek, 2 maja 2011

biało-czerwona

2 maja to święto flagi. Mało kto o tym wie, jeszcze mniej osób pamięta. Flag wywieszonych - jak na lekarstwo, mimo, że dzień ten odgradza dwa ważne (niepracujące) święta. Widać brak w naszym kraju szacunku dla flagi, brak jej umiejętnego wyeksponowania w kreowaniu wizerunku i wytworzenia wokół niej otoczki właściwie rozumianej dumy. Brytyjczycy chwalą sie Union Jackiem, Amerykanie popadli już w druga skrajność umieszczając swoją flagę nawet na slipach, Dunowie z okazji mniejszych lub większych świąt wywieszają mnóstwo flag na ulicach miasta, stawiają maszty przy domach, na których powiewają cudownie długie proporce w barwach narodowych. Małe urocze flagi przyczepiają do prezentów dla obcokrajowców.

A ja, szukam dziś biało-czerwonych zestawień w moim domu...

A jak...

A jak anna*, anagram, azulejos... aparat

Teraz to mocno wysłużony Canon d400. Do tego obiektyw (najczęściej) Sigma 17-70.
Pierwszy był poczciwy Zenit, potem Kiev - dalmierzowy - na zaledwie rolek kilka, które gdzieś zaginęły. Pierwsza własna cyfra - całkiem niezły Canon 30d. Z matrycą 3,2 mln pixeli... i jeszcze kilka olimpusów i canonów w pracy. 
Najgorszy? Canon G3 - wiecznie wyłączający się, niebywale wolny. Niejednokrotnie groziłam mu wyrzuceniem przez okno - jeśli nie raczy zrobić zdjęcia... przy nim zaczęłam tworzyć w myślach album fot niezrobionych.
Aparat prawie zawsze mam pod ręką. Jest wymówką, spojrzeniem, dystansem do otoczenia. Patrząc przez szkło wszystko ocenia się inaczej. Jakby obiektyw czy migawka chroniła przed bezpośrednim działaniem otoczenia....
autportret z Canonem,  2011

autoportret z Olimpusem, 2005?

autoportret z Zenitem, 2001
             
* od zawsze ktoś zawsze mnie tak nazywał - przez pomyłkę, niepamięć, roztargnienie....

niedziela, 1 maja 2011

alfabet rzeczy

Są rzeczy ulubione, ważne, pierwsze... 
są skojarzenia, chęci, wspomnienia.
są rzeczy przyjemne, o których marzymy, przywołujemy.
są rzeczy okropne, których nie chcemy pamiętać, 
 są te, które nie miały prawa się wydarzyć..

Mam je - jak każdy.
 I zaczynam grę. 
W alfabet rzeczy.



na papieża

"Na Papieża" zazwyczaj jeździlyśmy z tatą. Często decydując się w ostatniej chwili. Za wejściówkę służyła nam jego wielka torba ze sprzętem, którą dzielnie taszczyłyśmy dwa kroki za nim. Tata machał na bramkach akredytacjami, a my brnęłyśmy za nim jak daleko się dało. Najlepiej pamiętam Siedlce, gdzie zupełnie nikt nie pytał co ja tutaj robię i ostatecznie utkwiłam gdzieś w pasie odgradzającym sektor VIP-ów od reszty.
Z takich wyjazdów mam same dobre wspomnienia. Serdeczność fotoedytorki z Krakowskiej GW, która dała schronienie na bodaj dwie noce jakimś nieznajomym dziewczynom. Przejaśnienie w czasie innej Krakowskiej pielgrzymki, gdzie mokliśmy od rana, chory Papież nie pojawił się i dopiero na transmisję z jego pozdrowieniem wyjrzało słońce. Wrażenie było na tyle silne, że nie zatarło totalnej klęski powrotowej - 2 zepsute autokary i  nieprzyjerzdzające pociągi... Zresztą na pierwszą pielgrzymkę Benedykta też ruszyliśmy do Krakowa pociagiem, który spóźnił się chyba z pół nocy....



Ale największe wrażenie wywarł na mnie pobyt w Kalwari. Po drzemce w samochodzie media ruszyły do przodu, my utknełyśmy gdzieś wśród krętych i stromych uliczek, wśród innych pielgrzymów, który nie mieli szans dostać się do bardzo małych i nielicznych sektorów. Przygarnęli nas jacyś "tubylcy". posadzili w ogrodzie, przy stole z parasolem, wystawili przez okno telewizor, poczęstowali ciastem....
Gość w dom, Bóg w dom jak mówi przysłowie.