poniedziałek, 30 maja 2011

g jak...

góry - ostatnio strasznie zaniedbana miłość. Kiedyś jeździłam w nie kilka razy w roku, nie wyobrażając sobie wakacji bez nich... Najczęściej ruszaliśmy w Beskid Sądecki.


Ulubiony był chyba Beskid Niski, ten sprzed lat, dziki jeszcze i pusty. Pierwsza samodzielnie zdobyta - Łysica w Górach Świętokrzyskich. Najwyższa - Pico d'Aneto (Pireneje). Najbardziej kultowe - Lackowa i Monte Perdido. Pierwsza, bo kiedys chodziło się na jej szczyt na azymut, błądząc w chaszczach i czasem jeszcze strugach deszczu by dotrzeć na cmentarzysko-pomnik pozostałość po I WŚ. Druga - bo nie dane nam był na nią dotrzeć - kilka metrów od szczytu utknęliśmy pod ogromnymi głazami kryjąc się przed nawałnicą i tkwiliśmy tak dopóki mieliśmy na czym stać. Uciekliśmy - gdy nasze schronienie całkowicie opanowała wartka górska rzeka.
Tak, kiedyś jeszcze na nią wejdę ;-)

1 komentarz:

  1. Pamiętam ten pierwszy wyczyn. Byłaś bardzo dzielna.

    OdpowiedzUsuń