piątek, 15 kwietnia 2011

makrela





Jeśli to piątek, to musi być ryba. Tak było kiedyś, dziś świat się zmienił, ale gust pozostał. Rybę po prostu m u s z ę zjeść choć raz w tygodniu. Tym razem wybór padł na gatunek, który dotychczas jednoznacznie kojarzył mi się z podawą na zimno, wędzoną rybą....

To był zakup spontaniczny - świeża, surowa, w sam raz do smarzenia. Wzięłam przykład z dziarskiego siedemdziesięciolatka, który zachwalał jej walory. et - myślę - pan doświadczony to się zna. Sprzedawca dorzucił od siebie, że to ryba specyficzna... i prawie mu uwierzyłam...

Makrelę smarzy się zwyczajnie - jak śledzie. Z pieprzem i solą. Potem obficie polewa cytryną. I  n i e podaje od razu. Trzeba poczekać. Gorąca jest rzeczywiście specyficzna. Lepiej ją jeść kiedy nieco  ostygnie.

ps. prawda, że fotogeniczna?

3 komentarze:

  1. bardzo do "twarzy" jej z cytyną:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ech, spróbuj też spod grilla, taką lekko zwęgloną. Mniam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Mnie najbardziej podoba się ogonek!

    OdpowiedzUsuń